09/06/2026

Spisek tyfusowy

Aktualności

Gdy wspomina się początek II wojny światowej, najczęściej przywołuje się datę 1 września 1939 roku, kiedy nazistowskie Niemcy napadły na Polskę. Znacznie rzadziej pamięta się, że zaledwie szesnaście dni później, 17 września, Związek Sowiecki zaatakował Polskę od wschodu, realizując tajne postanowienia paktu Ribbentrop–Mołotow. Druga Rzeczpospolita zniknęła wówczas z mapy Europy, podzielona pomiędzy dwa totalitarne reżimy.

Okupacji sowieckiej towarzyszyły masowe deportacje. W latach 1940–1941 setki tysięcy obywateli polskich zostały wyrwane ze swoich domów i wywiezione na Syberię, do Kazachstanu oraz innych odległych regionów Związku Sowieckiego. Głód, choroby, niewolnicza praca i ekstremalne warunki klimatyczne naznaczyły życie tych, którzy miejsca zesłania nazywali „Nieludzką Ziemią”.

Sytuacja zmieniła się diametralnie w czerwcu 1941 roku, kiedy Niemcy zaatakowały swojego dotychczasowego sojusznika. Potrzebujący wsparcia zachodnich aliantów Józef Stalin zgodził się na uwolnienie deportowanych obywateli polskich i zezwolił na utworzenie Armii Polskiej w Związku Sowieckim pod dowództwem generała Władysława Andersa.

Tysiące mężczyzn, kobiet i dzieci wyruszyło wówczas w desperacką podróż na południe z nadzieją opuszczenia Związku Sowieckiego. Ich celem była Persja (dzisiejszy Iran), do której mieli dotrzeć przez Morze Kaspijskie z portu w Krasnowodzku. Istniała jednak przeszkoda, która wydawała się nie do pokonania: władze sowieckie zakazywały przewożenia osób chorych na tyfus. Dla tych, którzy pozostawali na miejscu, oznaczało to niemal pewną śmierć.

Wówczas grupa polskich lekarzy i pielęgniarek przeprowadziła niezwykłą akcję humanitarną, której celem było uratowanie życia dziesiątek, a być może nawet setek rodaków. Wśród nich znajdowała się ciotka naszego rozmówcy.

Juan José Okęcki, prezes Argentyńsko-Polskiego Stowarzyszenia Kulturalnego w latach 2019–2025 i jedna z najbardziej rozpoznawalnych postaci polskiej społeczności w Argentynie, dzieli się z czytelnikami historią swojej ciotki – bohaterki jednej z najbardziej wzruszających i najmniej znanych kart polskiego exodusu ze Związku Sowieckiego.

Wywiad

ACH: Gdzie Pańska ciotka zdobyła wykształcenie pielęgniarskie?

JJO: Moja ciotka, Krystyna Ujejska, urodzona w 1905 roku w Wazylkowcach, pochodziła ze szlacheckiej rodziny dawnej Galicji. Była wnuczką lub wnuczką stryjeczną poety Kornela Ujejskiego. Uczyła się u sióstr Sacré-Cœur i marzyła o studiach medycznych, lecz rodzice nie wyrazili na to zgody, co w tamtych czasach było dość powszechne. Pozwolili jej jednak ukończyć szkołę pielęgniarską Polskiego Czerwonego Krzyża w Warszawie. Ta decyzja ostatecznie uratowała jej życie. Nigdy nie wyszła za mąż i prowadziła spokojne życie aż do wybuchu wojny, który wszystko zmienił.

ACH: Czy przed wojną była związana z Wojskiem Polskim, czy dołączyła do niego dopiero później?

JJO: Nie. Po wybuchu wojny znaczna część rodziny przeniosła się do Lwowa. Krystyna pozostała przy ojcu. Sowieci zamordowali go, a ją przez pewien czas ukrywali okoliczni chłopi. Ostatecznie jednak została aresztowana i w styczniu 1940 roku wywieziona na Syberię wraz z innymi uznanymi za „wrogów państwa”. Przebywała tam do 1942 roku. Jej opowieści o życiu na Syberii towarzyszyły całemu mojemu dzieciństwu: o mrozie, niedostatku, solidarności zesłańców i wyciu wilków.

ACH: Jak doszło do jej aresztowania i deportacji?

JJO: Nigdy nie opowiedziała mi dokładnie o wszystkich okolicznościach. Sądzę, że deportowano praktycznie wszystkich Polaków z tego regionu, zwłaszcza właścicieli ziemskich.

ACH: Jak wspominała warunki życia w sowieckich obozach?

JJO: Były straszne. Wielu ludzi umierało z głodu lub z powodu braku opieki medycznej. Ciotka opowiadała, że w chwili skrajnej rozpaczy zamieniła swój ostatni ręcznik na naczynie z kwaśnym mlekiem, aby nie umrzeć z głodu. Nawet w takich warunkach zaczęła wykorzystywać swoją wiedzę pielęgniarską.

ACH: Jak wyglądała jej droga z Syberii na południe Związku Sowieckiego po tzw. amnestii z 1941 roku?

JJO: Polacy rozproszeni po Syberii gromadzili się w obozie w pobliżu rzeki Samary, znanym jako Tockoje. Tam przybył generał Anders i rozpoczęto przygotowania do opuszczenia Związku Sowieckiego i wyjazdu do Persji przez Krasnowodzk.

ACH: ¿Kiedy i w jakich okolicznościach wstąpiła do Armii Andersa?

JJO: Właśnie w tym obozie. Anders zaczął tam organizować swoje wojsko, obejmujące nie tylko żołnierzy, ale również personel medyczny. Szybko uznał, że korzystniejsze będzie związanie się z Brytyjczykami niż współpraca z Sowietami, dlatego rozpoczęto przygotowania do ewakuacji do Persji, gdzie stacjonowały wojska brytyjskie. Między Polakami a Sowietami panowała głęboka nieufność. Tylko niewielka grupa pod przywództwem przyszłego generała Zygmunta Berlinga zdecydowała się pozostać.

ACH: Jaka była sytuacja zdrowotna wśród deportowanych?

JJO: Między marcem a sierpniem 1942 roku tysiące Polaków uwolnionych przez Stalina przybyło do Krasnowodzka, aby przeprawić się przez Morze Kaspijskie do Pahlewi w Persji. Utworzono tam szpital polowy, w którym leczono choroby będące skutkiem zesłania: gruźlicę, czerwonkę, pelagrę i tyfus. Ten ostatni budził szczególny lęk wśród Sowietów. Załogi statków nie chciały przewozić zakażonych. Sporządzano więc listy wykluczające chorych na tyfus, co praktycznie oznaczało dla nich wyrok śmierci.

ACH: ¿Jak rozległa była epidemia?

JJO: Nie wiem dokładnie, ale musiała być poważna, skoro władze zdecydowały się na tak drastyczne środki.

ACH: Byli też chorzy na gruźlicę. Dlaczego to właśnie tyfus budził taki strach?

JJO: Z gruźlikami było podobnie. Ich również nie chciano zabierać na pokład. Z jakiegoś powodu jednak plan opracowany przez Polaków i Brytyjczyków przeszedł do historii jako „spisek tyfusowy”.

ACH: Jakie szanse na przeżycie mieli ci, którzy nie zdołali się ewakuować?

JJO: Zarówno chorzy na tyfus, jak i na gruźlicę otrzymywali leczenie, ale był to jedynie szpital polowy złożony głównie z namiotów. Gdyby pozostali w Związku Sowieckim bez opieki medycznej, ich szanse na przeżycie byłyby znikome.

ACH: Wspomina się, że lekarzom i pielęgniarkom udało się ewakuować ponad setkę chorych. Jak narodził się ten pomysł?

JJO: Grupa polskich lekarzy i pielęgniarek, przy wsparciu niektórych Brytyjczyków, opracowała plan. Polegał on na zamianie tożsamości osób zmarłych z innych przyczyn z tożsamością chorych na tyfus i gruźlicę. Dzięki temu udało się ewakuować setki ludzi. Moja ciotka zwykła mówić: „Jeżeli mają umrzeć, niech umrą jako ludzie wolni, a nie na Nieludzkiej Ziemi”.

ACH: Czy rzeczywiście zamieniano tożsamości zmarłych i chorych?

JJO: Dokładnie tak. W ten sposób uratowano setki osób.

ACH: Jaką konkretnie rolę odegrała Pańska ciotka?

JJO: Była „sister”, czyli przełożoną pielęgniarek w szpitalu. Uczestniczyła w tym również pielęgniarka Wanda Sołtysik, która wiele lat później mieszkała w Buenos Aires. Pamiętam, jak w dzieciństwie słuchałem jej opowieści o tych wydarzeniach. Później wyemigrowała do Kanady, gdzie zmarła.

ACH: Jak jako przełożona pielęgniarek opuściła ostatecznie terytorium sowieckie?

JJO: Gdy ewakuacja dobiegła końca, pozostali jeszcze, aby zlikwidować szpital. Ciotka była jedną z ostatnich osób, które wyjechały. Bała się, że zostanie na miejscu, ponieważ część polskich żołnierzy postanowiła pozostać przy armii sowieckiej. Ostatecznie jednak pozwolono również ostatnim lekarzom i pielęgniarkom przedostać się do Persji.

ACH: Co stało się z chorymi po przybyciu do Persji?

JJO: W latach 1942–1944 działały polskie szpitale polowe w Persji, Iraku i Palestynie. Nie wiem dokładnie, jaki był dalszy los chorych na tyfus, ale przynajmniej nie pozostali opuszczeni w Związku Sowieckim.

ACH: Jak zapobiegano rozprzestrzenianiu się choroby podczas podróży?

JJO: Nie posiadam informacji na ten temat.

ACH: ¿W jakich krajach pracowała później jako pielęgniarka?

JJO: W Iraku, Palestynie, Egipcie, a następnie w południowych Włoszech, w szpitalu w Cassamassimie, gdzie opiekowano się rannymi z bitwy o Monte Cassino.

ACH: Jakie znaczenie miała ta akcja ratunkowa z perspektywy czasu?

JJO: Był to heroiczny czyn mający na celu ratowanie życia mężczyzn, kobiet i dzieci. Nie chodziło wyłącznie o żołnierzy, lecz także o cywilów, którzy przeżyli Syberię. Gdyby plan został odkryty, jego uczestnicy prawdopodobnie zostaliby rozstrzelani przez Sowietów.

ACH: Dziękuję za podzielenie się z naszymi czytelnikami tą niezwykłą historią odwagi, solidarności i służby bliźniemu.

JJO: To ja dziękuję. Chciałbym jeszcze dodać kilka słów o mojej ciotce.

Po bitwie o Monte Cassino, w stopniu majora, otrzymała Krzyż Pamiątkowy Monte Cassino za służbę w szpitalu w Cassamassimie. Po zakończeniu wojny wyemigrowała do Argentyny, gdzie spotkała się ponownie z moim ojcem, swoim kuzynem, i stała się częścią naszej rodziny.

Przez resztę życia pracowała jako pielęgniarka nocna w szpitalu prowadzonym przez Małą Kompanię Maryi, obecnie Mater Dei. W ciągu dnia opiekowała się nami z ogromną czułością. Nie było nowo przybyłej do Buenos Aires Polki, która znalazłaby się w trudnej sytuacji i nie otrzymała bezpłatnego schronienia w jej niewielkim mieszkaniu przy ulicy Salguero.

Zmarła w 1979 roku na raka płuc. Była bohaterką, która nigdy nie doczekała się żadnego oficjalnego uhonorowania. Całe życie poświęciła innym i pozostawiła nam prostą, lecz głęboką lekcję: jedyną drogą do prawdziwego szczęścia jest życie dla drugiego człowieka.

Do ostatnich dni otrzymywała kartki świąteczne od wielu osób, którym pomogła ocalić życie.

Skróty

  • ACH – Andrés Chowanczak
  • JJO – Juan José Okęcki

Fotografie

  1. Polscy deportowani ładują drewno w Tockoje (Związek Sowiecki). Osoby idące z tyłu niosą kije do obrony przed wilkami.
  2. Krystyna Ujejska, piąta od lewej, w Związku Sowieckim wraz z generałem Sikorskim.
  3. Krystyna Ujejska w Palestynie wraz z generałem Andersem.
  4. Krystyna Ujejska w szpitalu w Cassamassimie we Włoszech.
  5. Krystyna Ujejska po przybyciu do Argentyny w Buenos Aires.

Andrés Chowanczak

Wiceprezes Związku Polaków w Argentynie